CZERWIEC’76 w Powiecie Radomskim
25 czerwca 1976 roku na ulice, w proteście, wyszli robotnicy radomskich fabryk. Wśród nich było wielu mieszkańców podradomskich miejscowości. Zamieszczamy, nigdy wcześniej, nie publikowane, wspomnienie Tadeusza Jędrzejewskiego z gminy Zakrzew.
„Byłem pracownikiem Radomskich Zakładów Mechanizacji Budownictwa „ZREMB” w Radomiu. Miałem wówczas 19 lat. Kontynuowałem naukę w Wieczorowym Technikum Mechanicznym, którą ukończyłem w 1978 roku, otrzymując Świadectwo Maturalne (Technik Mechanik).
25 czerwca pracowałem na pierwszej zmianie. Około godz. 9, tuż przed przerwą śniadaniową, dotarły do nas informacje, że w Zakładach Metalowych wybuchł strajk i że załoga zakładów wyszła na ulice Radomia (był to największy zakład w Radomiu, ponad 10 tys. osób). Wiadomość ta szybko rozniosła się po naszym zakładzie. Załoga zakładu liczyła wówczas ok. 1300 osób.
Jako pierwszy do strajku przyłączył się Wydział Regeneracji, w którym ja pracowałem. Kierownik wydziału i mistrz wydziału podjęli próbę negocjacji, by nie dopuścić do strajku. Atmosfera w zakładzie zrobiła się tak napięta, że cały zakład natychmiast przystąpił do strajku. Była godz. 10 – przerwa śniadaniowa ok. 30 min. W czasie posiłku dotarł do nas głośny śpiew tysięcy osób. Śpiewano Międzynarodówkę („Wyklęty powstań ludu z ziemi, powstańcie których dręczy głód”). Była to załoga Zakładów Metalowych, oraz załogi innych zakładów, które wyszły na ulice Radomia by zaprotestować przeciwko znienawidzonej władzy, jaką była Polska Zjednoczona Partia Robotnicza. Bezpośrednią przyczyną strajku była dość duża podwyżka cen żywności. Sklepy były puste. Żeby kupić kawałek wędliny czy mięsa należało stać w wielogodzinnych kolejkach. Zarobki były niskie. Władza, podobnie jak obecna, opierała się na kłamstwie. Nastroje wśród ludności były napięte. Wszyscy chcieli się pozbyć znienawidzonej władzy. 25 czerwca naród zmobilizował się w jedność i podjął walkę.
Po dotarciu do nas załóg z wielu zakładów, szybko przebraliśmy się w odzież codzienną i wyruszyliśmy razem z innymi załogami na ulice Radomia. Atmosfera była napięta, lecz pełna optymizmu. Nastała godzina wolności i chwały!!! Jak nigdy dotąd wszyscy staliśmy się sobie bliscy i życzliwi. Przed nami był jeden cel: pokonać znienawidzoną władzę. Miasto wrzało. Wierzyliśmy w zwycięstwo.
Szliśmy w stronę ówczesnej ulicy 1-go Maja, (dzisiaj ulica 25 Czerwca) gdzie znajdowała się siedziba Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Po drodze nie spotkaliśmy żadnego milicjanta, nikt nam nie przeszkadzał. Przed ulicą Żeromskiego oderwałem się od tłumu, by kupić sobie upatrzoną dzień wcześniej kurtkę dżinsopodobną w domu towarowym (teraz na pl. Jagiellońskim), która była przyczyną moich późniejszych kłopotów, oraz którą przechowuję do dziś mimo upływu 50 lat. Po dotarciu do ul. Żeromskiego byłem świadkiem rozbijania, dewastacji i kradzieży różnych sklepów. Jak się później okazało, czynów tych nie dokonywali zwykli mieszkańcy, lecz prowokatorzy wysłani przez PZPR, by winą za ten czyn obarczyć zwykłych ludzi. Ponieważ wychowany byłem w rodzinie patriotycznej, a ojciec mój był na tamte czasy dobrym gospodarzem, w domu nie odczuwaliśmy niedostatku. Nie przywłaszczyłem dla siebie najmniejszego nawet przedmiotu, chociaż były do tego okazje.
Gdy doszliśmy do ul. 1-go Maja wstąpiła w nas radość i nadzieja. Znienawidzony gmach PZPR płonął, były w nim porozbijane okna i drzwi wejściowe. Z głośnika słychać było przemówienie sekretarza wojewódzkiego PZPR, który nawoływał do rozejścia się do domów, gdyż zostało zawarte porozumienie z komitetem centralnym PZPR i podwyżki cen żywności miały zostać wstrzymane. Nikt w to nie uwierzył. Po kilku celnych trafieniach kamieniami głośnik zamilkł. Szykowaliśmy się na najgorsze. Wiedzieliśmy, że władza nie odpuści i musimy podjąć walkę. Zbudowaliśmy barykadę. Były tam płonące autobusy miejskie, opony, oraz różny sprzęt domowy przyniesiony przez mieszkańców. Spodziewaliśmy się ataku sił ZOMO i MO, ich posiłków z Warszawy, że przyjadą i będą szli od strony dworca. Wczesnym popołudniem ok. godz. 15 nastąpił atak od ul. Żeromskiego w stronę ul. 25 czerwca (dawniej 1-go Maja). Oddziały ZOMO szły w grupach, w każdej z nich było ok. 40 zomowców. Atak rozpoczęli ostrzeliwując nas granatami z gazem łzawiącym. Zauważyłem, że granaty te wybuchają po kilku sekundach od upadku na ziemię. Chwyciłam ręką dymiący granat, który upadł w pobliżu mnie i rzuciłem w stronę zomowców. Rzut okazał się skuteczny. Granat wybuchł w grupie zomowców. Widziałem jak zasłaniają sobie oczy rękawicami i tarczami. Natychmiast to samo zaczęli robić inni uczestnicy walk. Szczęście nam sprzyjało ponieważ od ul. 25 Czerwca oraz parku im. Tadeusza Kościuszki powiewał lekki letni wiatr. Gaz wystrzeliwany w naszym kierunku przedostawał się wraz z wiatrem w stronę zomowców. Po krótkim ostrzale gazem, zmienili taktykę ataku. Oddziały ZOMO podzieliły się na dwie grupy, próbując nas okrążyć z dwóch stron. Jedne atakowały nas od ul. Żeromskiego, druga grupa od strony dworca. Skuteczna okazała się zbudowana barykada. Skutecznie powstrzymywaliśmy zomowców obrzucając ich palącymi się oponami, różnego rodzaju płonącymi przedmiotami. Skuteczną bronią okazały się też płyty chodnikowe. Rozebrana została część chodników w ul. Niedziałkowskiego, Żeromskiego i 25 Czerwca. Kostkę donosili nam mieszkańcy Radomia w tym ludzie starsi, kobiety i inni którzy nie mogli czynnie walczyć. Chwile grozy przeżyło 16 zomowców, których udało nam się odłączyć od zwartych oddziałów. Zachowywali się jak dzieci, byli zupełnie bezbronni. Pokładli tarcze, maski, hełmy, oraz pałki milicyjne na ulicę. Okrążeni, prosili nas byśmy ich wypuścili, gdyż i oni mają rodziny, dzieci i chcą żyć. Zapytaliśmy ich dlaczego nie zajmą się uczciwą pracą tylko gnębieniem narodu. Przyrzekali że już nie wrócą na służbę ZOMO. Przez chwilę zastanawialiśmy się co z nimi zrobić. Jedni mówili bić, inni wypuścić. Ostatecznie zdecydowaliśmy ich wypuścić odbierając im wyposażenie milicyjne. Wróciłem na swoje miejsce. Płyt chodnikowych Kostki wciąż przybywało. Po kilkugodzinnej walce zacząłem odczuwać ból prawej ręki. Jednak młodzieńcza energia, odwaga i zapał nie pozwoliły mi opuścić swojego stanowiska.
Walki trwały do wczesnych godzin wieczornych. Wieczorem liczba walczących zmniejszyła się, tłum powoli się rozchodził. Zadanie zostało wykonane. Piechotą z należytą ostrożnością dotarłem na Kaptur do swoich krewnych u których miałem zostawiony motocykl WSK, na którym wraz ze swoim szwagrem dotarliśmy do domu. Na podwórku oczekiwali na nas sąsiedzi chcący się dowiedzieć co się takiego wydarzyło. Po mojej relacji z tych wydarzeń zaczęli wymieniać swoje doświadczenia by wybawić mnie z czekających mnie kłopotów. Kłopotem dla mnie okazała się wspomniana wcześniej kurtka, którą miałem przy sobie przez większą część dnia. Szkoda było mi ją zostawić. Z pomocą przyszła mi nieznajoma dla mnie starsza pani, która pokazała mi kamerę umieszczoną na dachu budynku. Niestety byłem już nagrany gdyż jestem na archiwalnym zdjęciu do dzisiaj. Po krótkiej rozmowie oświadczyła mi, żeby jej dać tę kurtkę i zgłosić się po nią pod wskazany przez nią adres. Pomocni okazali się również wspomniani przeze mnie sąsiedzi. Byli to ludzie prości, niezamożni lecz mądrzy. Dwóch z nich uczestniczyło w wojnie obronnej 1939 roku.
Pierwsze dwie noce spałem w mieszkaniu niczego się nie obawiając. W następnym tygodniu po przyjeździe autobusem z drugiej zmiany, gdy tylko wszedłem na podwórko, pies niczym błyskawica pobiegł przez ogród w stronę drogi. Trochę mnie to zaskoczyło, ponieważ zawsze pilnował tylko podwórka nie wybiegając na drogę. Bez zastanowienia pobiegłem w ogród i zobaczyłem przed ogrodem na drodze nysę milicyjną. Tej nocy nie spałem w domu. Koło domu rósł duży bób w którym urządziłem sobie legowisko. Pies wyczuł nienaturalną sytuację. Nie odstępował ode mnie. Parę razy tylko w ciągu nocy przebiegał przez ogród i wokoło budynków i cichym grubym szczekaniem oznajmiał, że wszystko jest w porządku. Byłem pod wrażeniem mądrości i przywiązania do mnie tego zwierzęcia. Swoim zachowaniem przekazywał mi swoje spostrzeżenia (śpij, nie bój się, bądź spokojny, jesteś bezpieczny, będę cię bronił, jestem z tobą). Wiedziałem, że pies nikogo do mnie nie dopuści. Wiedziałem, że w walce wręcz nikt mnie nie pokona, ponieważ w szkole nauczyłem się walki w obronie własnej (boks) i ani razu w młodzieńczych pojedynkach nie zostałem pokonany. Wiedziałem, że w razie ucieczki nikt mnie nie dogoni ponieważ trenowałem biegi na 400 metrów oraz uczestniczyłem w zawodach sportowych. Jeden raz pracując na drugiej zmianie, wjechał do zakładu radiowóz milicyjny o czym zostałem szybko poinformowany. Płot nie był dla mnie żadną przeszkodą.
Rozpoczęły się represje takie jak ścieżki zdrowia, wsadzanie do więzień. Nazwano nas warchołami. Było warto. Wydarzenia te dały początek masowym wystąpieniom w 1980 i 81 dając początek upadku komunizmu.”
Swoją relację Tadeusz Jędrzejewski spisał niedawno, dla wnuczki. Udostępnił ją Powiatowemu Instytutowi Kultury. Niedługo po 1976 r., zakończył pracę w Radomiu i zajmował się już tylko gospodarstwem.
25 czerwca 1976 roku to był piękny dzień! Jestem dumny, że brałem udział w proteście – mówi.
Takich jak on, według ówczesnej nomenklatury – chłoporobotników czyli utrzymujących się zarówno z pracy w fabrykach jak i na roli, było w PRL wielu. Także na terenie obecnego Powiatu Radomskiego. W dokumentach IPN, wśród robotników skazanych po Czerwcu’75, wyrzucanych z pracy, mamy długą listę „naszych”. Powiatowy Instytut Kultury przygotowuje na ten temat specjalną publikację.